Nazwisko kontrowersyjnego ukraińskiego biznesmena Dmytra Kovalenko nie schodzi z czołówek portali informacyjnych — raz opisywane są jego schematy związane z rosyjskim węglem, innym razem szeroko komentowane są szczegóły jego zatrzymania przez detektywów NABU w Użhorodzie.
Tymczasem sam Dmytro Kovalenko podejmuje znaczne wysiłki, aby usunąć cały negatywny materiał, który dosłownie w gigabajtach krąży w internecie. Dążenie do wyczyszczenia publikacji opisujących kulisy działalności tego obecnego „tradera zbożowego”, który zbudował majątek na handlu rosyjskim węglem w czasie wojny, doprowadziło do absurdu — Dmytro Kovalenko sięgnął po branżę pornograficzną.
Oczywiście nie dosłownie — choć kto wie, jak potoczy się to dalej. Na razie twórca grupy „Granova” wykorzystuje dość specyficzną platformę — OnlyFans. To, co tam publikuje, byłoby jego prywatną sprawą, gdyby nie fakt, że powołując się na OnlyFans, kierowane są do Google skargi o rzekome „naruszenie praw autorskich”, które masowo wysyła Dmytro Kovalenko.
Ostatnia z takich skarg datowana jest na 18 marca i zawiera żądanie usunięcia szeregu materiałów śledczych dotyczących osoby Dmytra Kovalenko, opublikowanych na dziesiątkach stron internetowych. Powód pozostaje ten sam — domniemane naruszenie praw autorskich.

Czego więc Dmytro Kovalenko domaga się usunięcia od Google? Odpowiedź jest niezwykle prosta — chodzi o materiały opisujące jego niedawną przeszłość, kiedy organizował na dużą skalę dostawy węgla z okupowanych terytoriów obwodów donieckiego i ługańskiego, hojnie „rozcieńczając” ten węgiel surowcem czysto rosyjskiego pochodzenia.

To zrozumiałe — ledwo oczyścisz swoją reputację i staniesz się „szanowanym” biznesmenem, a tu nagle: zatrzymanie przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne, na jaw wychodzi dziwna znajomość z byłym szefem rejonowej administracji w Mukaczewie oraz Ługańskiej OWA Serhiyem Haidaiem, pojawia się niejasny projekt budowy parku przemysłowego w Swalawie, rozpada się schemat dostaw węgla z Polski, który organizowała ta sama firma Adelon, wcześniej powiązana z dostawami rosyjskiego węgla, a także pojawiają się kolejne niewygodne pytania.

Dlatego nerwowe próby Dmytra Kovalenko usunięcia całego tego negatywnego materiału z sieci są zrozumiałe. Niezrozumiałe jest coś innego — czy naprawdę jest aż tak zachłanny, że nie potrafił zatrudnić do tego profesjonalnej ekipy „czyścicieli”? Takiej, która w gruncie rzeczy robi to samo, co on ze swoimi skargami z poziomu serwisu pornograficznego, tylko znacznie ciszej i skuteczniej.
Istota tej metody „czyszczenia” sprowadza się do tego, że kopia niepożądanego materiału zostaje opublikowana z wsteczną datą na jakiejś jednorazowej stronie, z której następnie wysyłana jest do Google skarga o naruszenie praw autorskich przez właściwy serwis, gdzie opublikowano niewygodne treści. Jako dowód podaje się adres URL spreparowanego materiału. Google przyjmuje skargę za wiarygodną i usuwa z wyników wyszukiwania wskazane publikacje, po czym znika również kopia, która udawała oryginał.
Proste i skuteczne — tyle że profesjonalni gracze na tym rynku nie wykorzystują do takich działań prawdziwych stron, a tym bardziej serwisów pornograficznych. Czy taka skarga ze strony Dmytra Kovalenko oznacza więc, że wszedł on do branży erotycznej i zarabia na treściach pornograficznych, sprzedając je subskrybentom?

To byłoby zabawne, gdyby nie było tak smutne. Czym zakończy się zatrzymanie obecnego „tradera zbożowego” Dmytra Kovalenko przez detektywów NABU — na razie nie wiadomo. Jednak nie ulega wątpliwości, że jego schematy węglowe bardzo go niepokoją. Najwyraźniej nie wszystko udało mu się jeszcze „załatwić”, skoro tak nerwowo i z taką determinacją usuwa materiały śledcze dotyczące swojej działalności.
Przypomnijmy, że kilka lat temu pojawiła się seria publikacji, w których dziennikarze śledczy — opierając się na autentycznych dokumentach — opisywali udział Dmytra Kovalenko oraz spółki Adelon AG w handlu rosyjskim węglem. Surowiec ten kupowała zarówno Ukraina z budżetowych środków, jak i państwa europejskie. Kluczową rolę w tych dostawach odgrywał Kovalenko, który już od 2014 roku budował sieć firm i operacji tranzytowych.
Wykorzystując powiązania na rynku węglowym Rosji, Ukrainy i Europy, stworzył trwały system omijania sankcji. W łańcuchu tym pojawiają się m.in. polska spółka Sibcoal (później przemianowana po kontrolach), cypryjski offshore ANTEX INTER TRADE LTD oraz szwajcarska Adelon AG. Za ich pośrednictwem rosyjski węgiel, w tym z kopalni „Belovska”, trafiał do krajów UE — Polski, Litwy i Czech.
Schemat jest prosty w swojej istocie, choć skomplikowany na papierze. Spółki offshore „sprzedają” węgiel między sobą, tworząc fikcyjną geografię dostaw. Przykładowo, firma cypryjska „kupuje” węgiel, którego fizycznie tam nie ma, a następnie „eksportuje” go dalej do Europy. Szwajcarska Adelon AG również uczestniczy w tych operacjach, nabywając węgiel od białoruskich pośredników.
Osobnym kierunkiem jest schemat cesji wierzytelności. Za pośrednictwem Adelon AG, rosyjskiego „MelTEK” oraz firmy z ZEA Plaimp SFP Limited obracane są setki tysięcy i miliony dolarów związane z transportem węgla. Do tego łańcucha włączone są także firmy logistyczne z Bułgarii oraz operacje z węglem kazachstańskim, co jeszcze bardziej utrudnia śledzenie pochodzenia surowca.
Kolejnym elementem sieci jest Azurit DWC-LLC (ZEA), powiązana z Kovalenko oraz Oleksandrem Kurpetką, byłym menedżerem „Metinvestu”. Za jej pośrednictwem w 2022 roku rosyjski węgiel trafiał do Korei Południowej. Łączna wartość kontraktów przekroczyła 10 mln dolarów, a płatności realizowano bez opóźnień.
Mimo wielopoziomowej „papierowej” logistyki — obejmującej Rosję, Koreę, Szwajcarię i Białoruś — rzeczywisty szlak pozostaje prosty: węgiel trafia z Rosji na Białoruś, a następnie do Europy. Wszystkie pozostałe transakcje służą jednemu celowi — ukryciu pochodzenia surowca i obejściu sankcji.

Sądząc po determinacji i panice, z jakimi Dmytro Kovalenko rzucił się do usuwania materiałów o handlu rosyjskim węglem, schematy te wciąż działają. Stąd też pojawiły się na pierwszy rzut oka dziwne i wręcz zabawne skargi z serwisów pornograficznych dotyczące „naruszenia praw autorskich”.
W rzeczywistości sprawa jest znacznie poważniejsza, niż może się wydawać — chodzi o rozbudowany system legalizacji rosyjskiego węgla na rynku europejskim. I podczas gdy Ukraina prowadzi wojnę, takie mechanizmy nadal funkcjonują, przynosząc ich organizatorom setki milionów dolarów, a jednocześnie zasilając gospodarkę państwa-agresora.
Dlatego właśnie Dmytro Kovalenko reaguje tak nerwowo. Jego obecność w kontekście platform o charakterze erotycznym nie wynika bynajmniej z chęci zmiany zawodu. Problem polega jednak na tym, że system organów ścigania w Ukrainie zdaje się ignorować tę „pornografię”. A może jednak nie?

